DROGA PROWADZĄCA KU ŚMIERCI
Ş. Giray
Przybywamy z odległych stref klimatycznych – z krain, w których milknie głos, oddech więźnie w gardle, pamięć o ziemi zanika, a gałęzie drzew obumierają. Tam, skąd idziemy, niebo ma barwę ołowianej szarości, powietrze jest lodowate, a wody utraciły przejrzystość.
Człowiek trwa dzięki swoim przeżyciom, uczuciom i nadziei. Nam odebrano nadzieję, zaufanie i wszystkie prawdy, które dotąd uznawaliśmy za oczywiste. Dziś, jak wszyscy inni, szukamy dłoni, której moglibyśmy się uchwycić, lecz pozostajemy niczym marionetki z poprzerywanymi nićmi. Nikt nas nie słyszy ani nie rozumie; nasze uczucia są rozproszone.
Jesteśmy jak zagubiony statek wyrzucony na brzeg. Iść dalej – owszem, można, lecz tak samo można utknąć w bezruchu. W jednym dniu staliśmy się niemi i głusi, zagubieni w obcej kulturze, jakby zawieszeni na haczyku czasu.
Zawieszeni w „pomiędzy”… Jesteśmy tu, a jednak jakby nas nie było. Niczym płód wyrwany z łona i wrzucony w świat, nie należymy ani do tego miejsca, ani do tamtego. Gościnność w cudzych oczach jest chwilowa, a szczerość – jak cienka zasłona. Przed nami stoją drzwi, których wnętrza nie znamy.
Bycie pielgrzymem tej drogi oznacza od początku godzić się z brakiem spełnienia. Nie wiemy, czy na cokolwiek istnieje lekarstwo. Nostalgia stała się dla „pomiędzy-istniejących” nieodłącznym pokarmem.
To jak miraż w upalny dzień – im więcej pijesz słonej wody, tym większe pragnienie. Czasem zaś to jak chwytanie życia zimnymi dłońmi. Nie rozpoznajesz pór roku, czujesz się jak na krawędzi urwiska. Życie, w którym zimno miesza się z gorącem, a odbicie w lustrze staje się obce.
Serce mówi jedno, rozum drugie… Dzień i noc, słowo i milczenie, prawda i fałsz mieszają się ze sobą. Drzwi są zamknięte, klucza brak. Nie umiemy szukać ani odnalezionego zrozumieć.
Żyć, nie widząc rzeczywistości, a sądząc, że widzi się „wielki obraz”… Ugiąć się pod ciężarem słów, nie mając siły powstać. Być „pomiędzy” to nie móc opowiedzieć się po żadnej stronie, nie czerpać radości, nie wyciągać wniosków – uchwycić się czegoś, by ostatecznie i tak się wypalić.
Dalecy od miłości, pozbawieni spokoju, jak samotny wędrowiec na pustyni… Czekając na ocalenie, a znajdując na szyi pętlę; wpadając w wir, by nagle odkryć, że zapomniało się pływać.
Być podróżnym z ograniczoną wolnością, otoczonym mgłą i mrokiem. Zapomnieć, czym jest ojczyzna, dom, sztandar… Czy wiesz, co znaczy być pozbawionym kraju?
A te cierpienia – dopóki trwają, nie ustaną, mój bracie.
ZMARTWYCHWSTANIE
Gdy spadasz w objęcia rozpaczy, nagle pojawia się światło. Strząsasz z siebie pył śmierci i podnosisz się. Żyjesz mimo siebie, próbując istnieć mimo poczucia nicości.
Powiedzieć „dość!” tym, którzy chcą unicestwić twoje wartości…
Nie ulegać przemocy, trwać przy prawdzie. Być źródłem życiodajnej wody dla nierozwiniętych pędów, oczyszczać drogę z kamieni, oddawać prawo temu, komu się należy.
Nie gnieść i nie pozwalać się zgniatać. Być niewzruszonym wobec tych, którzy pragną zamienić dzień w noc. Stawać się ostrzem przeciw złu, a oddaniem wobec dobra.
Wstać tam, gdzie się upadło; podnieść się tam, gdzie się potknięto. Uczynić z wytrwałości pochodnię rozpraszającą mrok. Zamiast chlubić się przeszłością – pisać historię. Uczynić pracowitość chlebem powszednim, a lenistwo pogrzebać głęboko.
Nie oszukiwać, nie kraść, oddawać pełnię trudu pracującemu. Snuć przyszłość cierpliwie, niczym jedwabnik nić, filtrować przeszłość mądrością. Być opanowanym, lecz nie obojętnym wobec stworzenia.
Zmartwychwstanie to być światłem pośród epoki mroku. Być źródłem napoju dla spękanych ust, zasilać wyschnięte dusze, sprawić, by na pustyni zakwitła róża.
Ani się nie kurczyć, ani krzyczeć; nie chować się za tłumem, nie wychylać się ponad miarę. Przyjąć swoją nicość, lecz mimo niej ożywiać serca.
Nie ginąć w cieniu czarnego wieku. Usunąć egoizm z anatomii człowieka i uczynić serce jego centrum. Być człowiekiem ducha – nie dać się spalić w cudzych „kotłach”, iść prosto ku Prawdzie.
Dźwigać ciężar, lecz podnieść powierzoną ci pieczęć. Nosić w duszy tysiące istnień i być dla świata wsparciem. Trwać jak cyrkiel – jedną nogą w przeszłości, drugą w przyszłości.
Wydobyć się z „pomiędzy”, nie wpaść w pustkę, oddać pełnię dnia teraźniejszego. Dziękować za mało i za wiele. Nie pysznić się, gdy coś jest dane; nie obrażać się, gdy zostanie zabrane.
I wreszcie – umieć odejść, gdy trzeba, ale pozostawić po sobie światło.
JA, CZŁOWIEK SŁABY
Dziś – dniem jest wytrwałość, miesiącem wola, rokiem cel. Moim zamiarem jest iść prosto ścieżką tego, co słuszne.
Jestem niemowlęciem u kołyski istnienia; jestem słabym, lecz nie ugnę się niesprawiedliwości – stanę jak Abraham.
Panie, wprowadź porządek w moje chwiejne serce.
Rozlej pokój na świat, po którym kroczy moje ciało.
Dołącz mnie do tych, których kochasz.
Przyjdź, o Piękny – odbierz mnie mnie samemu, zanurz mnie w swoich głębiach.
Choć nie jestem godny, pozostań przy mnie; bądź moim wybawieniem.
Byłem surowy, płonąłem, dojrzałem… W nadziei.




















